30. listopada 2002r. - begining...
Wybiła godzina "W" - punkt 14:00 zajeżdża miecho swoją błyszczącą machiną pod moje lokum - jedziemy. Auto perfekcyjnie przygotowane do drogi - zima zaskoczyła miecho tak samo jak co roku naszych drogowców - spryskiwacze zamarzły, ogrzewanie wysiadło - mało płynu w chłodnicy :D. Ale dajemy radę - jak już ręce przymarzły do kierownicy kupujemy płyn do spryskiwaczy (nic nie pomaga, ale mamy ;]) i do chłodnicy - robi się przyjemnie cieplutko. Rozgrzewam rączki bawiąc się bibułkami, po czym w ciepełku i z błogimi uśmiechami dojeżdżamy na miejsce. Oczywiście umówione miejsce mijamy i wybieramy wg. nas charakterystyczny punkt Bartoszyc (khe, khe... taki trochę średnio charakterystyczny). Szybki kontakt telefoniczny z Boghdanem (brat Cerbera) i posiłki w drodze - po kilku minutach zjawiają się Angel i No Name (nie poznaliśmy się ov korz, ale chyba nic w tym dziwnego :D). Lądujemy w kafejce Cerbera, ściskamy z Boghdanem (BTW: kafeja, małolaty i Bohdan serwujący im techno - lol) i po krótkiej chwili zmieniamy lokum na Cerberową Jamę (czyt. dom)- całe szczęście bliziutko, bo zima w pełni. Yupijajej!!! Widzimy Cerbera! Sąteż pierwsi goście - na kanapce grzecznie (lol) siedzi ganjawoman (tak, tak, to ją czasem widać na serwach GR) i Artur. Szybko czujemy się jak u siebie w domu - pivko pod stolikiem, "ognista woda" w lodówce, ja znowu "rozgrzewam rączki". Taaaa... teraz to już zupełnie domowo i pojawia się coraz więcej ludzi - dołącza Marta (siostra ganjawoman), Monika (siostra Cerebere), PABLO z dwiema kobietkami dla zwiększenia średniej (Sylwia i Magda). I się zaczęło... Artur po wypaleniu "fajki pokoju" dziwnie się rozgadał, a jego historie... nie da rady opowiedzieć... Wystarczy powiedzieć, że miecho tarzał się po podłodze ze śmiechu (klasyczny ROTFL :D), ja całe szczęście że siedziałem w głębokim fotelu... Było dobrze, było bardzo dobrze, było zaje...ście. Wraz z pojawieniem się wszystkich gości wyszła ciężka artyleria na stół, no i "mądry" capri wbrew wcześniejszym obietnicom danym sobie zaczął się uśmiechać do "ognistej wody" (ech... ale jak tu nie wypić z PABLEM :D). Wieczorkiem dołączył do nas Boghdan i całą radosną już mocno gromadką udaliśmy się do kafejki Cerbera... Tam zaczęły się kłopoty z połączeniem z netem, siecią lokalną no i na koniec capri stracił połączenia z rzeczywistością...
1. grudnia 2002r. day after...
Przebudzenie było koszmarne... O sooo choziii...? :))) I co do cholery ja tu robię? Głowa waży tonę, żołądeczek wielkości piąstki... brrr... Miecho ruszył powieką, gdzieś wyczołgał się Cerber, za oknem pełnia zimy, kac gigant w głowie... Jedyna akceptowalna pozycja to horyzontalna... Cerebere robi kavke? Zajebiście... Tylko czemu tak głośno? ;) Ufff... trochę lepiej... mogę podnieść rękę... Stukanie do drzwi? Wariaci? Akwizytor? WTF? Kto tak rano (13:00) może nas atakować? No tak... PABLO z uśmiechem i dwoma babkami... Czy reflektuje na "ognistą"? Zwariował... Choć może... Tak raz na poprawę nastroju... Jemy? Jemy... Miecho jako nie pijący (kierowca) jest w stanie pojechać - biorą łopatę, zamawiają pług śnieżny i idą odkopać auto :))) Powrót EKIPY RATUNKOWEJ ze stertą pizzy - coraz lepiej. Zanim wrócili mi wszystkie bóle odeszły, zaczyna powstawać PLAN - w końcu profilaktycznie załatwiliśmy sobie poniedziałek wolny - Cerebere zostaje postawiony w sytuacji bez wyjścia - zostajemy! Miecho szybko nadrabia zaległości, zmieniamy lokal na kafejke Cerberową - Counter Strike, pivko, GR, pogaduchy i klika innych przyjemności - jest OK. Wieczór - pivko się skończyło, idziemy wykończyć resztki u Cerebere w domu. Już na miejscu dokańczamy zimną pizze i resztki chińszczyzny... Robimy "przegląd tygodnia" w śmietniku (khe, khe... ktoś zbyt gorliwie sprzątał i posprzątał za dużo ;)) - znajdujemy zgubę. Kończy się"ognista", kończą się fajki, skończyła się zapojka - looz - jest woda, skończyło się wszystko oprócz sake - brrr... aż tak zdesperowani nie jesteśmy. Czwarta rano... Powoli gaśniemy, ale z zajebistym uśmiechem na twarzy...
2. grudnia 2002r. the end...
Południe... Cerber robi porządki i kavke... Dziwne, ale wszyscy czują się wyśmienicie... Szybki shower, zbieramy swoje zabawki z miechem i idziemy do Cerbere (poszedł otworzyć kafeje). Ostanie papierosek, czekamy jeszcze na Marte (hmmm... chyba miecho bardziej czekał :D) i ganjawoman (pozdroofka), ostatni blant, uśmiech na twarz, extra wspomnienia w pamięci i wracamy... Drogi do dupy, ale miecho daje rade - najważniejsze - jest ciepło!
Wszystkiego nie da się opowiedzieć - wyjazd określamy z miechem jednym wyrazem - ZAJEBISTY! Tylko jeszcze nie wiem, czy powiniście się tam w Bartoszycach cieszyć - to oznacza nasz rychły powrót...
Zdjęcia jakości słabej, ale są z kamery -dobrze że są - dzięki PABLO (kamera) & Cerebere (obróbka) :)))
UPDATE!!!
POJAWIŁY SIę ZDJęCIA
BOGHDANA_ (ROWNIEŻ GR-owiec Z BARTOSZYC, BRAT CEREBERE) ORAZ
MARTY
do tej pory jak wspominam imprezke to miska mi sie jarzy :rollin: